Świetny etap. Wyjątkowy na swój sposób. Dojazdówka zaledwie 9 kilometrów, a potem ściganie przez prawie 560 (z małą strefą neutralizacji). Byłoby miło, gdyby nie… wysokooktanowe obuwie. Ale mimo to Rafał Sonik zameldował się jako trzeci na mecie.
Czasami rajdy piszą i układają swoje własne nieprzewidziane historie. Kto by przypuszczał, że z pękniętego baku benzyna może wyciekać prosto do buta.
Jak w prawie Murphiego – jeśli ma się coś zdarzyć dziwnego i innego – to zapewne się to zdarzy. Więc nie dość, że trasa dzisiejszego etapu tak naprawdę do końca była niewiadomą, bo organizatorzy ze względu na warunki tras po ostatnich burzach wstrzymywali informacje do końca. Ostatnie poprawki do roadbooków trafiły do zawodników przed północą ich czasu.
Trasa była ciężka, ale po wyniku Rafała Sonika widać, że jest to dobry moment na rozpoczęcie rywalizacji. Nasz SuperSonik zdecydowanie depcze czołówce argentyńskiej po końcówkach opon. Po dzisiejszej awarii quada zdarzyło się coś wyjątkowego i nieprzewidzianego.
- Na początku oesu pękł bak – sam od siebie. Bez upadku, bez innej przyczyny. Cała benzyna wlewała mi się do buta. A reszta na wydech. Bałem się, żeby się quad nie zapalił. Gdyby się zapalił, to razem z moją nogą. Dziwne uczucie… Nagle zaczęło mi się robić równocześnie gorąco i mokro. Potem coraz bardziej gorąco. Oczyma wyobraźni widziałem już moją nogę w kolorze krwistej purpury. Ledwo co dojechałem do mety. Po zdjęciu buta okazało się, że mam poparzenie skóry na nodze. W międzyczasie jeszcze była awaria tylnego koła – czyli popularny kapeć. Potem spadł, a następnie urwał się łańcuch. Zmasakrował zębatkę. Na metę odcinka Rafał Sonik wjechał pchany przez kibiców.


