Krzysztof Hołowczyc nie zwalnia tempa w Rajdzie Dakar. Po dniu przerwy kierowca Orlen Team potwierdził, że należy do najlepszych. Na ósmym etapie z Valaparaiso do La Sereny zajął siódme miejsce i nadal jest szósty w klasyfikacji generalnej. Prowadzi Carlos Sainz, który powiększył przewagę nad kolegą z zespołu Volkswagena, Ginielem De Villiers do 11 minut. Także wśród motocyklistów liderem pozostaje Hiszpan, Marc Coma, który dzisiaj przegrał tylko z Cyrilem Despres. Francuz odrabia straty i w klasyfikacji generalnej awansował już na trzecie miejsce. Z motocyklistów Orlen Team lepszy dziś był Jacek Czachor, 22 na mecie. Jakub Przygoński ostro rozpoczął odcinek, zajmował 10 miejsce na 49 kilometrze, a na CP1 mieścił się w siódemce. Potem zabłądził i stracił 27 minut przed punktem na 248 kilometrze. Do mety dojechał jako 41, ale nadal jest 14 w łącznej klasyfikacji. Czachor awansował na 16 miejsce.
Krzysztof Hołowczyc: To był bardzo trudny etap. Dużo się napracowałem. Namachałem się kierownicą i też trzeba było dużo hamować, bo to był taki oes rodem z Portugalii. Raz się zgubiliśmy na trzy-cztery minuty, ale w naszej sytuacji to nie jest wielki problem. Cały czas trzymamy swoje miejsce. Stawka już się ustaliła. Z tyłu nadciąga Depping swoim Volkswagenem jak burza, ale myślę, że ciągle możemy się obronić. Nawet jeżeli będzie wygrywał po dziesięć minut na każdym etapie to mamy szansę utrzymać przewagę do końca. Teraz przed nami dwa najcięższe oesy, potem jeszcze maraton. Jeszcze jest dużo do zrobienia. Mimo że jedziemy rozsądnym tempem, bez większego ryzyka, to modlimy się, żeby nic się nie zepsuło. Dzisiaj mieliśmy niesamowitego farta. Zepsuł się główny wyłącznik prądu, ale to było już prawie w parku maszyn. Nie mogłem zapalić i zostałem doholowany na miejsce. Mechanicy wymienią ten przełącznik, a ja jestem szczęśliwy, że nie stało to się na oesie.
Jakub Przygoński: Bardzo dobrze jechało mi się początek tego odcinka. Z wyników wynikało, że byłem siódmy. Płaski etap, szutrowe drogi, a tylne koło jechało cały czas w uślizgach. Wszystko było dobrze, ale niestety w drugiej części zabłądziłem. Około pół godziny jeździłem między kaktusami. Jestem z tego niezadowolony. Oprócz tego w drugiej części etapu zepsuł mi się tylni amortyzator. To nie był udany dzień, najważniejsze jednak, że jestem na mecie. Wymienimy amortyzator, a jutro przystąpię do pustynnej rywalizacji.
Jacek Czachor: Do połowy było bardzo dobrze, później miałem awarię. Coś mi uderzyło w przednią tarczę przy niedużej prędkości. Niestety, przewróciłem się. Czułem się tak jakbym był na lodzie. Zanim się podniosłem, wyprzedziło mnie trzech zawodników. Po tym upadku przedni hamulec zaczął pulsować. Tarcza została skrzywiona i przez to źle mi się jechało. Odcinek był kręty, po szutrowych drogach. Dobry dla quadów. Teraz będziemy mieli dwa duże etapy. Liczę, że nie będzie na nich żadnych problemów i awansuję.

