Dzisiejszy etap Rajdu Dakar biegł z Neuquen do San Rafael i miał długość 763 kilometrów. Spośród motocyklistów Orlen Team na mecie jako pierwszy zameldował się Jakub Przygoński. Młody debiutant zajął trzynastą pozycję i jednocześnie awansował w klasyfikacji rajdu o trzy miejsca. Krzysztof Hołowczyc i Jean-Marc Fortin zajęli dziś 15 pozycję. W stawce motocykli swoje pierwsze etapowe zwycięstwo odniósł Amerykanin Jonah Street, który wyprzedził o przeszło 14 minut Francuza Cyrila Despres oraz ponad kwadrans Hiszpana Marca Comę. Ten ostatni pozostaje jednak liderem klasyfikacji generalnej. Jacek Czachor był 22. W klasyfikacji generalnej spadł na 15. miejsce. Dla kapitana Orlen Team rajd się jednak dopiero zaczyna. Polski zawodnik rozkręca się w miarę przejechanych kilometrów. Lubię długie etapy i na nich właśnie zamierzam jechać szybko, mówił przed rajdem zawodnik. Przed zawodnikami jeszcze wiele oesowych kilometrów i wszystko może się zdarzyć. Prawdziwa przeprawa dakarowa dopiero się rozpoczyna.
Dzisiejszy etap był bardzo, bardzo ciężki. Trasa była puszczona poza jakąkolwiek drogą. Jechaliśmy praktycznie na kompas przez krzaki. To były bardzo męczące partie trasy. Wciąż podbijało koło. Zgubiłem się na nawigacyjnych partiach gdzieś na stepie. Gasiłem silnik by nasłuchiwać czy nie jedzie jakiś motocykl. W końcu usłyszałem helikopter i odnalazłem drogę. W drugiej części odcinka starałem się już nie popełnić żadnych błędów. Wszyscy zawodnicy, których wyprzedzałem byli maksymalnie wykończeni. Ostatnie 50 kilometrów to twarde wydmy porośnięte trawą, chyba organizator zafundował nam tę partię na dobicie, powiedział Jakub Przygoński.
Prawdziwy Dakar rozpoczął się dzisiaj. I to nie tylko dla nas. Z tego co się zorientowaliśmy, to wielu zawodników miało dziś spore kłopoty. To był zdecydowanie najtrudniejszy z dotychczasowych odcinków. Pierwsza część była bardzo kamienista, dużo jechaliśmy korytami wyschniętych rzek, więc staraliśmy się jechać bez zbędnego ryzyka osiągając 12-13. międzyczasy. Kłopoty zaczęły się na jakieś 30-40 kilometrów przed metą, gdy wjechaliśmy na wydmy. Dziś według organizatora miały być one dość łatwe, więc wjeżdżając na nie zdecydowaliśmy się nie spuszczać powietrza, żeby nie tracić cennego czasu. Wydmy jednak okazały się bardzo trudne i zdradliwe. W pewnym momencie zakopaliśmy się, ale nie zbyt mocno. Uruchomiliśmy nasz system hydraulicznych podnośników i gdy samochód był już w górze wystrzelił wąż doprowadzający olej do podnośnika, który pozostał wyciągnięty. Sytuacja zrobiła się dramatyczna, bo nie mogliśmy opuścić samochodu na ziemię.
Musiałem po kolei rozbierać cały system hydrauliczny, jednocześnie uważając, żeby nie stracić zbyt dużo płynu, którego obieg jest wspólny ze wspomaganiem kierownicy. Wykręcałem zaworki z jednego miejsca, żeby je wkręcić w inne, tak żeby nie uciekał płyn. Cała ta operacja trwała grubo ponad godzinę i sam nie wiem jak sobie z tym wszystkim poradziłem. Po raz kolejny zaprocentowało moje doświadczenie jako mechanika. Jean-Marc rzucił mi się na szyję, gdy samochód w końcu opadł na ziemię i mogliśmy ruszyć w stronę mety. No cóż, ponieśliśmy sporą stratę, ale rajd tak naprawdę dopiero się rozpoczął. Widzieliśmy palący się samochód Lavieilla, naszego rywala z poprzednich rajdów, spłonął doszczętnie. Pterehansel i Sainz dachowali, więc wszyscy pomału zaczynają mieć jakieś przygody i pocieszamy się, że nie jesteśmy jedynymi pechowcami. Spadliśmy co prawda o trzy miejsca, ale rajd jest jeszcze bardzo długi, dodał Krzysztof Hołowczyc.

