Rajd Dakar: Awans Hołowczyca i Przygońskiego, dramat Sainza! 12. etap Rajdu Dakar z Fiambali do La Rioja był jednym z najbardziej dramatycznych w tegorocznej edycji tek imprezy. Pomimo trudności swe pozycje w klasyfikacji generalnej poprawili zawodnicy Orlen Team. Krzysztof Hołowczyc awansował na 5, a Jakub Przygoński na 11 miejsce. Wielkiego pecha miał dziś Carlos Sainz, który na skutek wypadku musiał się wycofać z zawodów. Dotychczasowy lider klasyfikacji przeżył dramat na 79. kilometrze. Jego auto spadło z czterech metrów w wyschnięte koryto rzeki. Pilot Michel Perin doznał urazu ramienia. Załogę przewieziono śmigłowcem na biwak do Fiambali. Okazało się, że trasa była źle oznaczona w roadbooku. Tam, gdzie według opisu miała być prosta droga, w rzeczywistości była przepaść.

Nadjeżdżający po nim Nani Roma cudem uniknął podobnego wypadku. Zatrzymał się tuż przed przepaścią. W połowie etapu jednak jego Mitsubishi miało awarię i Hiszpan stracił kilka godzin czekając na ciężarówkę z częściami. Z powodu tych zdarzeń doszło do sporych roszad w klasyfikacji rajdu. Krzysztof Hołowczyc poprawił swoją pozycję o dwa miejsca i obecnie jest piąty. Przed etapem kierowca Orlen Team liczył, że odrobi nieco minut do wyprzedzającego go Norwega Erika Toleffsena. Przez większą część oesu miał od niego lepsze czasy, ale ostatecznie na mecie był gorszy o 18 minut. Na etapie świetnie spisał się Jakub Przygoński. Motocyklista Orlen Team był dziewiąty i awansował o jedną pozycję. Jest obecnie 11 w klasyfikacji generalnej. Jacek Czachor mimo olbrzymich kłopotów na trasie utrzymał się na 21 miejscu.

Krzysztof Hołowczyc: Tego nie da się opowiedzieć, przeżyliśmy prawdziwe piekło. W całej mojej karierze nie przejechałem tak morderczego odcinka. Organizatorzy chyba chcieli nas wszystkich wykończyć. Dwa razy ryzykowałem życiem i to tak, że miałem tego świadomość. Nie było wyjścia, musieliśmy albo zjechać z kilkusetmetrowej, prawie pionowej wydmy, albo zostać tam i nie ukończyć etapu. Zjeżdżając w dół samochód jechał coraz szybciej i szybciej, a końca zjazdu nie było widać. Mieliśmy też problemy z silnikiem, cały czas przerywał i nie mogliśmy za bardzo podjeżdżać pod wysokie wydmy. Musieliśmy jeździć wkoło wydm, by szukać jak najbardziej płaskiego podjazdu. To cud, że ukończyliśmy ten odcinek. Obaj jesteśmy krańcowo wycieńczeni, a z samochodu mało co zostało. Podwozie jest kompletnie zniszczone, pourywanych jest wiele elementów. Jean-Marc na mecie wyskoczył z samochodu i dosłownie chciał pobić organizatorów za to, co nam zgotowali na trasie. Póki co do mety dojechało tylko 9 samochodów i jestem przekonany, że wiele załóg nie dokończy dzisiejszego etapu.

Jakub Przygoński: Bardzo ciężki etap. Cały czas był tak miękki piasek, że jechałem tylko na pierwszym lub drugim biegu. Niestety, wywróciłem się. Cały odcinek bardzo ciężki fizycznie. Nie miałem siły trzymać motocykla i stać na nim. A na siedząco w ogóle nie dało się jechać. Widocznie inni zawodnicy musieli być tak samo wykończeni jak ja, bo jadąc resztką sił zająłem bardzo wysoką pozycję. W dodatku pobłądziłem, a mimo to był to bardzo udany dla mnie etap. Bardzo się z tego cieszę.

Jacek Czachor: To był najtrudniejszy etap. Przez pięć godzin jechałem dwieście kilometrów. To o czymś świadczy. Wydmy były mokre. Motocykl jechał na pierwszym biegu, drugi nie chciał wskoczyć. Jechało mi się nieźle, ale miałem bardzo poważny wypadek, aż do tego stopnia, że nie podnosiłem motocykla. Stłukłem żebra i bardzo źle się czułem. Czekałem na Krzysztofa Jarmuża aż przyjedzie i mnie pozbiera. Sześć kilometrów przed metą krążyło bardzo dużo zawodników, a ja razem z nimi. Nie mogliśmy znaleźć waypointa. W końcu mi pierwszemu udało mi się go odnaleźć.