Wczoraj nieźle dostałem w kość. I dosłownie i w przenośni. Nasze wyprawy stają się z dnia na dzień co raz bardziej hardcorowe. Po południu przeskakując po oblodzonych kamieniach górski strumień poślizgąłem się, wpadłem do lodowatej wody, a do tego tak walnąłem reką o jakiś głaz, że ho, ho. Zaraz napuchło jak bania, więc szybki kurs do lokalnego szpitaliku i okazało się, że złamany kciuk – mówi Krzysztof Hołowczyc.

Boli jak diabli, a tu okazuje się, że Niemcy nie znają L4 i trzeba wracać z powrotem na trasę! Ok. 23-ciej dotarłem z pochodnią w zdrowej łapie i na śniegowych rakietach do naszej bazy (mała górska chatka). Zimno było jak w psiarni, ale moi koledzy już uwijali się przy ognisku, robiąc jakieś żarło. Zdążyłem tylko wpakować się do śpiwora i natychmiast usnąłem. Chyba marny ze mnie góral… Ale robimy to podobno po to, żeby przygotować się do Dakaru, więc trzeba to przeżyć!