Wysokie, zimne i niebezpieczne Andy, które wyrosły na trasie Dakaru, zostały pokonane. Po raz pierwszy. Kolejny raz rajdowy peleton stawi im czoła w czwartek, 17 stycznia. Wczoraj wieczorem zawodnicy Poland National Team nie myśleli jednak o tym, co ich czeka za kilka dni, tylko świętowali znakomite wyniki. Świętowali, ale nieco skromniej niż zwykle.

W piątek wszystkie wyniki sportowe przestały się liczyć w obliczu tragicznej śmierci francuskiego motocyklisty, Thomasa Bourgina, który zderzył się na trasie z radiowozem chilijskiej policji i zginął na miejscu. Miał 25 lat i był to jego pierwszy Dakar. – Prawdopodobnie zasnął za kierownicą. To była duża wysokość, więc mieliśmy mniej tlenu. Przejeżdżałem w tamtym miejscu kilka minut po wypadku i już było wiadomo, że nie ma szans na jakąkolwiek akcję ratunkową – powiedział kapitan polskiej reprezentacji Rafał Sonik, dodając że podczas wieczornego briefiengu organizatorzy prawdopodobnie podejmą decyzję o tym, jak uczcić tragiczną śmierć zawodnika.

Rzadko zdarza się podczas rajdów, aby odcinek dojazdowy był trudniejszy, lub równie wymagający, jak odcinek specjalny. Kiedy wyjeżdża się jednak na wysokość niemal 5000 metrów, nie może być łatwo… W jednym z najdłuższych i najniebezpieczniejszych etapów Rafał Sonik poradził sobie bardzo dobrze, zajmując piąte miejsce. Tym samym utrzymał trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej. – Jechaliśmy przez suche góry, a na trasie unosiło się mnóstwo pyłu. Było stromo, wąsko i ciasno. Nie było kompletnie miejsca i ryzyko wyprzedzania było ogromne. Udało mi się zostawić w tyle dwóch, może trzech quadowców, ale trzeba było za nimi jechać 20-30 km w strasznym kurzu. To było naprawdę niebezpieczne – mówił na mecie SuperSonik.

To jednak był dopiero początek prawdziwej przeprawy. – Kiedy już myśleliśmy, że etap się skończył, okazało się że mamy jeszcze do pokonania ponad 170 km przez góry, szutrową drogą. Byliśmy w pewnym momencie na wysokości 4895 m. Leżał tam śnieg i lał deszcz. Przejechanie dojazdówki w tych warunkach, bez żadnych przystanków zajęło mi prawie cztery godziny. Niesamowita przełęcz. Trudno sobie wyobrazić, by dało się tam czymś wyjechać oprócz motocykla lub quada. Było ślisko, cały czas po plecach lała się lodowata woda, a temperatura nie przekraczała raczej jednego stopnia na plusie. To było to naprawdę nieprawdopodobne – komentował na mecie Rafał Sonik, który ukończył rywalizację z piątym czasem, utrzymując trzecią lokatę w klasyfikacji generalnej. Łukasz Łaskawiec był 12. i w „generalce” zajmuje szóstą lokatę.

Adam Małysz na dobre usadowił się w czołowej dwudziestce Dakaru. Na etapie Calama – Salta zajął 19. miejsce i w łącznych wynikach awansował na 17. lokatę. – Było szybko – przyznał Adam Małysz. – Trochę nas hamowało Iveco Gerarda de Rooya. Startowaliśmy o jeden samochód za nim, ale buggy go wyprzedziło. Doganialiśmy ciężarówkę na prostej, jednak na zakręcie trzeba było hamować do zera, bo za Iveco podnosiła się chmura kurzu. I tak jechaliśmy przez 130 kilometrów. Poza tym było spokojnie – no, dwa razy spóźniliśmy zakręt.

Z powodu wysokości bolała mnie głowa – kontynuuje Adam. – Myślałem, że tylko mnie, ale Rafał też wziął tabletkę. Start do odcinka leżał na 3300 metrach, meta na 3800. Odcinek był bardzo szybki, techniczny, gładka szutrówka, ale strasznie się kurzyło. Z autem nadal wszystko w porządku. Coraz bardziej zaczynam się „wjeżdżać” w Toyotę. Nawet Rafał jest w szoku i już mnie nie hamuje. Mówi, że mam jechać tyle, co widzę. To zupełnie inna jazda niż w zeszłym roku. Wtedy zdarzało się, że pięć-sześć razy podjeżdżaliśmy pod jakąś wydmę. Teraz w takich miejscach po prostu wybieram inną drogę i jedziemy dalej – kończy były skoczek.

Na swoim, przyzwoitym poziomie pojechały załogi Piotr Beaupre/Jacek Lisicki (70. na etapie/51. w klasyfikacji) oraz Dariusz Żyła/Pierre Calmon (odpowiednio 75. i 69. miejsce). Znakomitym, równym tempem podczas tego Dakaru jedzie natomiast Kuba Przygoński. Reprezentant Polski wczoraj był 7. w stawce i utrzymał 6. miejsce w stawce motocyklistów po VII etapach. 30. na metę odcinka dojechał Jacek Czachor (26. w klasyfikacji), a 94. był Marek Dąbrowski (na razie 72.).

Prawdopodobnie jednak największą niespodzianką dnia w polskim obozie była koncertowa jazda załogi Baran/Boba/Jachacy. Ich MAN przegrał w zasadzie tylko z najmocniejszymi ciężarówkami w stawce i dojechał na metę na najlepszym do tej pory dla tego teamu, 28. miejscu. Efekt – awans na 39. miejsce w „generalce”. Ekipa R-Six Team, czyli Szustkowski/Kazberuk/Białowąs miała 36. czas dnia i jest 27. w klasyfikacji po VII etapach.

fot. pnt.pzm.pl